Logo Crimpage

Wywiad z Davidem Crossem

Z początku go nie poznałem. Trochę przytył, ma też mniej włosów niż przed laty. Nie wygląda na muzyka rockowego. Chociaż nadal działa jako muzyk rockowy. A jego solowe płyty, zwłaszcza dwie ostatnie, Testing To Destruction i Exiles, należą do wspaniałych osiągnięć art rocka. Podczas długiej rozmowy, jaką odbyliśmy przy piwie Guinness, zaskoczył mnie niezwykle krytycznym stosunkiem do swoich dawnych poczynań w zespole King Crimson. Oto jej fragmenty.

Jak doszło do tego, że w 1972 roku zostałeś członkiem zespołu King Crimson?

Miałem wtedy własną grupę. Zaczynaliśmy od folk rocka, ale w tym czasie zwróciliśmy się ku muzyce o bardziej eksperymentalnym charakterze. I wędrowaliśmy od wytwórni do wytwórni, licząc na kontrakt. Tak trafiliśmy do firmy EG Records, która wydawała płyty King Crimson. W tym czasie rozleciało się kolejne wcielenie tego zespołu. I Robert Fripp formował nowe. Zainteresowała go taśma, którą zostawiliśmy w EG Records. I przyszedł posłuchać, jak gramy. A następnie zaprosił mnie na jam session w domu Jamiego Muira, gdzie improwizowaliśmy w trójkę - Robert na gitarze akustycznej, Jamie na instrumentach perkusyjnych i ja na skrzypcach. Potem odbyła się jeszcze jedna taka sesja, ale już w pełnym składzie: Robert, Jamie, Bill Bruford, John Wetton i ja. I można powiedzieć, że w jej następstwie narodziła się kolejna wersja King Crimson.

W wywiadzie, jakiego udzieliłeś pismu "Melody Maker" wkrótce po dołączeniu do King Crimson, powiedziałeś, że nigdy nie zwracałeś większej uwagi na innych skrzypków...

Trudno mi to dzisiaj nazwać inaczej jak wynikiem głupoty i arogancji. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy, jak złym skrzypkiem byłem. Musiało minąć trochę czasu, nim dotarto do mnie, jak niewiele umiem. Później oczywiście zacząłem słuchać innych skrzypków. I pierwszym, który zrobił na mnie ogromne wrażenie, był Jean Luc Ponty, muzyk o wybornej technice, umożliwiającej poruszanie się na obszarach różnych gatunków - i jazzu, i rocka. Później jednak przestałem się nim interesować. Jego gra wydała mi się zbyt zimna, odarta z emocji, jałowa. I zwróciłem się ku takim muzykom, jak Sugarcane Harris i Papa John Creach - ciemnoskórym skrzypkom ze Stanów, którzy moim zdaniem pokazali coś nowego i innego, jeśli chodzi o grę na tym instrumencie. Wydali mi się naprawdę ekscytujący. I pod ich wpływem zmieniłem brzmienie moich skrzypiec na bardziej elektryczne. Ale to było już po odejściu z King Crimson.

Jakim wspomnieniem jest dla ciebie sesja na początku 1973 roku w londyńskich Command Studios, która zaowocowała albumem Larks Tongues In Aspic?

To byt mój chrzest bojowy. Nigdy wcześniej nie brałem udziału w nagraniu płyty. Tak jak nigdy wcześniej nie pracowałem z zespołem dużego formatu. Dlatego było mi bardzo ciężko. Mimo wsparcia ze strony pozostałych muzyków, Robert widząc, co przeżywam, robił wszystko, żeby mi pomóc. Podobnie pozostali koledzy. Najwięcej dała mi współpraca z Jamie Muirem - to muzyk pełen wspaniałych pomysłów dotyczących nagrań. W czasach, gdy nie było jeszcze samplerów, potrafił kreować w studiu niezwykłe brzmienia. Jego podejście do nagrań wydawało mi się ogromnie twórcze. A w wyniku jego starań nasza muzyka była tak kliniczna jak mogła być. Wielkim zawodem było dla mnie natomiast to, że nie byłem w stanie - jak okazało się podczas tej pierwszej, sesji- wyrazić w studiu siebie. Zresztą do dziś przychodzi mi to z ogromnym trudem.

W styczniu 1974 roku przystąpiliście w studiu AIR, tu w Londynie, do pracy nad następnym albumem, Starless And Bible Black, ale nagraliście tylko kilka utworów. Pozostałe zarejestrowaliście podczas koncertów. Dlaczego?

Ponieważ mieliśmy zawsze wrażenie, że nasza muzyka rodzi się na oczach publiczności. Właśnie koncerty były źródłem wielu utworów King Crimson. Gdyby nie rozimprowizowane granie na żywo wiele fragmentów płyty "Starless And Bibie Black" nigdy by nie powstało. Wiesz, nagranie koncertowe zawsze jest przesycone aurą poszukiwania. I to czyni je tak ekscytującym. Natomiast w studiu pojawiają się trudności. Jeśli muzyka została ograna na licznych próbach przed sesją i stała się czymś niesłychanie zwartym, zaczyna z niej ziać nudą.

Na początku współpracy z zespołem powiedziałeś: Improwizacja jest elementem, który sprawia, że granie w King Crimson jest dla mnie czymś zdumiewającym. Ale nieco później wyznałeś: Zazwyczaj improwizacja oznacza dla mnie przerażenie i panikę...

Przerażenie i panikę... Mogło mi chodzić o dwie różne rzeczy. Po pierwsze - gdy improwizowaliśmy nierzadko zdarzało nam się grać coś, co mogłoby zostać wykorzystane jako tło w horrorach. Wiesz, o wiele łatwiej zagrać coś koszmarnego niż coś pięknego. Przerażające hałasy to coś, co samo wychodzi spod palców. I dlatego często zaczynaliśmy od hałasu, traktując go jako punkt wyjścia do zespołowej improwizacji, i przedzieraliśmy się razem przez zgiełk w poszukiwaniu czegoś pięknego. No i czasem znajdowaliśmy. Jest to jednak duża sztuka - wyimprowizować razem coś wspaniałego. 0 wiele łatwiej zagrać coś koszmarnego. Po drugie - miałem też pewnie na myśli moje własne przeżycia, gdy stawałem przed publicznością i musiałem improwizować. Niekiedy było to doświadczenie dość przerażające, a przerażenie sprawia, że człowiek wpada w panikę. Wiesz, nagle przychodzi kolej na partię skrzypiec, wszystkie oczy kierują się w twoją stronę, a ty jesteś tak spanikowany, że nie masz zielonego pojęcia, co zagrać.

Robert Fripp napisał w jednym ze swoich artykułów, że koncerty we Włoszech w listopadzie 1973 były dla niego początkiem końca tamtego wcielenia King Crimson, którego i ty byłeś częścią. Czy pamiętasz te występy?

Owszem. Graliśmy wtedy w Rzymie i chyba w Mediolanie (w rzeczywistości w Turynie - przyp. ww). Byliśmy we Włoszech dość popularni. I dla mnie te koncerty bynajmniej nie były zwiastunem końca. Pamiętam co prawda, że mieliśmy jakieś problemy. Próbowano nas wykorzystać w jakiejś kampanii politycznej (włoscy maoiści domagali się, by wstęp na koncerty zespołu był darmowy - przyp. ww). Były też kłopoty z wyegzekwowaniem honorariów. Ale szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, dlaczego dla Roberta był to początek końca...

Na okładce albumu Red są tylko trzy twarze: Roberta Frippa, Johna Wettona i Billa Bruforda. Ale przecież twoje skrzypce słychać na tej płycie...

No właśnie. I dlatego dzisiaj podczas spotkania z fanami, gdy ktoś podsunął mi okładkę "Red" do podpisu, dorysowywałem na niej swoją twarz (śmiech). Ale prawda jest taka, że odszedłem z zespołu przed sesją "Red". I zostało ich tylko trzech. Jednakże płyta zawiera także nagranie koncertowe dokonane jeszcze z moim udziałem (Providence - przyp. ww). Tak, znalazłem się wtedy poza zespołem, pełen wahań, co ze sobą począć, jak pokierować dalszą karierą. Zapytałem ich co prawda, czy nie chcieliby, bym dograł swoje partie do nagrań, których dokonali w trójkę. Ale niestety bardzo się zawiodłem. Uznali, że skoro postanowiłem odejść, poradzą sobie beze mnie. Przyznaję, że poczułem się wtedy odtrącony

Nagrałeś później kilka solowych płyt...

Dokładnie cztery. Pierwsza nosiła tytuł "Memos From Purgatory", druga "The Big Picture"- ostatnio Elton John tak samo nazwał swój album, trzecia "Testing To Destruction", a dosłownie kilka dni temu ukończyłem pracę nad czwartą - "Exiles". Wiesz, przez długi czas byłem niewidoczny. Nadal co prawda grałem. Tworzyłem muzykę dla teatru i zespołów baletowych. Współpracowałem też z jazzową grupą Radios. Ale w pewnej chwili postanowiłem zbliżyć się bardziej do głównego nurtu rocka. I w 1987 roku nagrałem "Memos From Purgatory", gdzie połączyłem moje koncepcje muzyczne z dość prostym rytmem. To była jeszcze płyta instrumentalna. Na późniejszych zwróciłem się już w stronę piosenki. Bardzo chciałbym nagrać kiedyś album zawierający wyłącznie piosenki. Ale jak dotąd zawsze umieszczałem na moich płytach także trochę muzyki bez słów. Tak jest również na "Exiles", której tytuł pochodzi oczywiście od jednego z utworów King Crimson, przedstawionego przeze mnie w nowej wersji.

rozmawiał: WIESŁAW WEISS