Logo Crimpage

Felieton: Robert Fripp i King Crimson - Karmazynowy KrólNa dół


Zobacz też Kalendarium , Biografię i "Robert Fripp - apostoł gitary"


Nie jest mi łatwo pisać o Artyście, którego muzyka jest dla mnie czymś więcej niż tylko dźwiękami, piosenkami. O człowieku, który stworzył najważniejszy moim zdaniem zespół w dziejach rocka. O twórcy, który uśmiercał swoje dzieło, by po pewnym czasie przywrócić je do życia. Muzyka King Crimson wywarła ogromny wpływ na całą scenę rockową - do fascynacji dziełami Roberta Frippa przyznawali się muzycy tak odmiennych zespołów jak Nirvana, Smashing Pumpkins, VoiVod, czy choćby ostatnio naszego rodzimego Guess Why. Z jednej strony zespół-instytucja, z drugiej nieprzewidywalna i zaskakująca mieszanka pomysłów - rock progresywny, jazz, czasem niemal metalowa ekspresja i siła - to wszystko ten sam zespół. Jego skład zmieniał się niezwykle często, jedna osoba pozostawała jednak niezmienna - gitarzysta, kompozytor i lider Robert Fripp.

A wszystko zaczęło się w listopadzie 1968 roku. Wtedy to, po niezbyt udanych doświadczeniach z triem Giles, Giles And Fripp, Robert Fripp i Michael Giles (perkusja) postanowili założyć nowy zespół. Skład uzupełnili śpiewający basista Greg Lake oraz Ian McDonald, obsługujący instrumenty klawiszowe i dęte. Skład grupy uzupełnił autor tekstów Pete Sinfield. Tak właśnie narodził się Karmazynowy Król. Nowy skład i nowa muzyka - ciężka i niezwykle jak na owe czasy drapieżna - okazały się strzałem w dziesiątkę. Po udanej trasie (grupa koncertowała m.in. u boku Jefferson Airplane i Fleetwood Mac) nadszedł czas na debiutancką płytę. "In The Court Of Crimson King (An Observation By King Crimson)" to jedna z najbardziej klasycznych pozycji w historii rocka. Okładka z charakterystyczną zniekształconą twarzą jest natychmiast rozpoznawalna dla każdego miłośnika ambitnej sztuki. A muzyka? To była naprawdę nowa jakość. Już otwierający album "21st Century Schizoid Man" świadczył o geniuszu Frippa - zdeformowany wokal, agresywny rytm, wściekłe gitary i szalony, free-jazzowy, niemal kakofoniczny finał z ogromną rolą instrumentów dętych. Czegoś takiego nie grał jeszcze nikt. Ta sama płyta przyniosła kojące i spokojne utwory jak "I Talk To The Wind", czy "Moonchild", ale także jedną z najpiękniejszych i najsmutniejszych kompozycji w historii muzyki - "Epitaph". Delikatny głos Grega Lake'a i piękna melodia, od której stada mrówek zaczynają maszerować po plecach. To był początek jednego z najwspanialszych zjawisk w historii muzyki rockowej. Na kolejnych płytach, takich jak "In The Wake Of Poseidon" (jeszcze bardzo bliskiej "In The Court...", choć zabrakło w składzie McDonalda), czy "Lizard" ugruntował się niepowtarzalny styl wczesnego King Crimson - majestatyczne partie melotronu mieszały się z gitarą, która na przemian agresywna i liryczna, kreowała nieziemski i bajkowy klimat. Pierwsze wcielenie King Crimson najbliższe było progresywnego rocka w klasycznym rozumieniu tego pojęcia - stworzone z symfonicznym rozmachem kompozycje, takie jak chociażby utwór tytułowy z trzeciej płyty, były kamieniami milowymi w rozwoju tego gatunku. Jak przyznaje się sam Fripp, zdominował on wówczas zespół. Pozostali muzycy musieli w pełni poddać się dyktaturze Mistrza. Był to pierwszy przejaw dążenia Frippa do zdobycia absolutnej władzy nad grupą. W późniejszym czasie jego podejście miało z jednej strony zaowocować powstaniem takich arcydzieł jak płyta "Red", z drugiej zaś przyczyniało się do wielokrotnego zawieszania działalności formacji.

Zamknięciem pierwszego rozdziału historii Karmazynowego Króla jest płyta "Islands". Ten album był już niejako odejściem od art-rockowej konwencji, próbą poszukiwania czegoś nowego (jakby kiedykolwiek King Crimson nie było zespołem niesamowicie nowatorskim). Pojawiały się elementy jazzowe, jeden z utworów to iście klasyczna miniatura, zdominowana przez instrumenty smyczkowe. No i przepiękny utwór tytułowy, jakże pasujący do przedstawiającej jakąś mgławicę okładki... "Islands" zamyka pewien rozdział także dlatego, że to ostatnia płyta z tekstami Petera Sinfielda. Po jej wydaniu nie po raz pierwszy, ale i nie ostatni, Fripp rozstał się ze swoim składem. Ostatnim dokumentem tego wcielenia grupy (z Bozem Burrellem na basie i wokalu, Melem Collinsem na saksofonie i Ianem Wallace za bębnami) była koncertowa płyta "Earthbound". Muzycy rozeszli się do różnych zespołów (m.in. Alexis Korner And Snape, Bad Company, Camel), zaś Fripp został sam.

King Crimson AD 1972 to już zespół perfekcyjny i dojrzały, grający muzykę jak zwykle bardzo skomplikowaną, choć dużo cięższą. Robertowi Frippowi udało się zwerbować do współpracy tak wybitnych muzyków jak Bill Brufford (perkusista Yes), John Wetton (wokal, bas), David Cross (skrzypce) i Jamie Muir (instrumenty perkusyjne). Ten ostatni zagrzał miejsca w zespole jedynie pół roku. Oficjalnym powodem było dość niekonwencjonalne zachowanie na koncertach. Jamie biegał po scenie, grał na różnych dziwnych instrumentach, krzyczał... Skład King Crimson: Fripp, Wetton, Brufford, Cross okazał się tymczasem najlepszym pomysłem, jaki przyszedł Frippowi do głowy. To ci muzycy stworzyli tak wspaniałe płyty jak "Lark's Tongues In Aspic" (będąca z jednej strony powrotem do art-rocka, z drugiej zaś ukazująca nowe, bardziej dynamiczne i drapieżne oblicze King Crimson), jak "Starless And Bible Black" (rzecz awangardowa, a jednocześnie niezmiernie dołująca, ciężka... w prasie pojawiały się wręcz ostrzeżenia, by nie słuchać tej muzyki w stanie depresji; co ciekawe, motywy z obu tych albumów powróciły jeszcze w muzyce King Crimson), czy wreszcie Najbardziej Bezgwiezdną i Biblijnie Czarną Płytę w historii muzyki, czyli "Red".

"Red" to dla mnie najważniejszy album. Nie tylko w historii Karmazynowego Króla, nie tylko w dyskografii Frippa. W ogóle. Każdy utwór to swoista perła i arcydzieło. Trudno mi podchodzić do tej płyty analitycznie, opisywać poszczególne kompozycje. Ale spróbuję. Otwierający album utwór tytułowy jest ciężki i potężny. Okazuje się, że już w 1974 roku można było grać ciężej niż połowa doom metalowych kapel, które pojawiły się dwadzieścia lat później. Kolejnym utworem jest przepiękna ballada "Fallen Angel" - przepełniona bólem i smutkiem. Smutkiem to mało powiedziane, z tej kompozycji wyziera przenikliwa rozpacz i żal. Jest to jakby przygotowanie na to, co ma nastąpić w finale tej płyty. Następna kompozycja, "One More Red Nightmare", to chyba jedyny słabszy punkt albumu (o ile w ogóle można mówić o słabszych punktach) - dość "zwyczajny" numer rockowy z dziwną perkusją (ale należy pamiętać, że w wykonaniu Frippa nawet "zwyczajne" rzeczy zamieniają się w coś niezwykłego). I powoli nadchodzi finał. Najpierw następuje "Providence" - kompozycja, która z rockiem niewiele ma wspólnego. Jest to improwizacja z pogranicza jazzu i muzyki współczesnej. Niesamowita partia skrzypiec, dźwięki trudne, przeradzające się w szaloną improwizację. W tym utworze ogromną rolę odgrywa cisza. Jest ona tu chyba równie ważnym instrumentem jak skrzypce. Po ponad ośmiu minutach tych awangardowych dźwięków następuje wyciszenie i zaczyna się "Starless". To kompozycja tak piękna, że żadnymi słowami nie da się opisać jej uroku. "Sundown dazzling day/ Gold through my eyes/ But my eyes turned within only see/ Starless and bible black" - głos Wettona przepełniony smutkiem snuje opowieść. Niesamowita partia gitary powraca za każdym razem z tym samym pięknem. Jest tak cudowna, że chce jej się słuchać jeszcze raz i jeszcze - bez końca. "Old friend charity/ Cruel twisted smile/ And the smile signals emptiness for me/ Starless and bible black". O ile poprzednia płyta mogła pogłębić depresję, to ta kompozycja jest piękna urokiem Nocy i Śmierci. Jest Biblijnie Czarna i Bezgwiezdna. Spokojne z początku tempo, melotron. Można odnieść wrażenie, jakby słuchało się drugiej części Epitafium. "Ice blue silver sky/ Fades into grey/ To a grey hope that all yearns to be/ Starless and bible black". Spokojna ballada przeradza się w demoniczną improwizację. Jakby niebiańska droga nagle spadła w dół - do piekieł. Szalejące instrumenty i potężny, ciężki riff. Saksofon przywołuje na myśl najostrzejsze momenty "21st Century Schizoid Man". Nie bez podstaw, ponieważ na "Red" w składzie King Crimson ponownie zagościł Ian McDonald. To jego gra czyni środkową część "Starless" tak demoniczną. Piekielna agresja atakuje nas przez kilka minut, by przerodzić się... ponownie w znany z początku utworu piękny motyw. Połączenie "Epitaph" i "21st Century Shizoid Man" - Najpiękniejszy Utwór W Dziejach.

Album "Red" ukazał się 5 października 1974 roku. Nieco wcześniej Robert Fripp wydał oświadczenie o... rozwiązaniu zespołu. Podobno muzycy zmęczyli się współpracą, odczuwali do siebie niechęć. Wiele osób uwierzyło, że album w żałobnej czarnej okładce okaże się łabędzim śpiewem King Crimson. Tymczasem minęło kilka lat i w 1981 roku pojawił się nowy krążek sygnowany nazwą King Crimson. W składzie pojawił się Fripp, Brufford i dwóch nowych muzyków - gitarzysta i wokalista Adrian Belew i grający na basie i Sticku (odmiana gitary basowej) Tony Levin (znany m.in. ze współpracy z Peterem Gabrielem). Powrót King Crimson był zaskoczeniem, nie mniejszą niespodzianką był album "Discipline" oraz wydane po nim "Beat" i "Three Of A Perfect Pair". Okazało się, że Fripp zdecydował się tworzyć zupełnie inną muzykę - zrytmizowaną, nowoczesną. Bliską chwilami nowofalowych klimatów, choć nadal stanowiącą intrygującą mieszankę jazzu i rocka. Zniknęły symfoniczne brzmienia, pojawiły się natomiast wirtuozerskie partie obu gitarzystów. Dużo wniósł też nowy basista, grający na Sticku - basopodobnym wynalazku, dającym ogromne możliwości. Ten okres działalności King Crimson najmniej odpowiada mojemu gustowi, choć niewątpliwie Fripp odkrywał wówczas dla swojego zespołu nowe horyzonty. W 1984 roku grupa ponownie rozwiązała się, by zamilknąć aż do początku lat 90. Robert Fripp zajął się działalnością solową, między innymi z orkiestrą gitarową The League Of Crafty Guitarist (była to szkoła, rodzaj kursu dla gitarzystów, na którym Fripp nie tyle uczył grać, co raczej przeżywać muzykę), współpracował z Brianem Eno (już od lat siedemdziesiątych), grał także z Peterem Gabrielem. W międzyczasie ukazało się kilka płyt sygnowanych nazwą King Crimson, jednak były to albumy kompilacyjne. Pewną zapowiedzią powrotu Karmazynowego Króla była płyta projektu Sunday All Over The World, na której pojawił się Trey Gunn - kolejny basista grający na Sticku, uczeń Frippa z Guitar Craft.

Fani King Crimson czekali i czekali, spekulowali, zastanawiali się i liczyli, że Fripp nie powiedział jeszcze ostatniego słowa jako lider tej grupy. I doczekali się. Rok 1994 to czas tryumfalnego powrotu Króla. Minialbum "Vroom" i wreszcie duża płyta "Thrak" wynagrodziły oczekiwanie z nawiązką. King Crimson lat dziewięćdziesiątych to znów inny zespół - oparty na koncepcji "podwójnego tria" miał w składzie dwóch perkusistów (Brufford i Pat Mastelotto), dwóch basistów (Trey Gunn i Tony Levin) i oczywiście dwóch gitarzystów (Fripp i Belew). Muzyka, jaką przyniosły "Vroom" i "Thrak" została przez Frippa określona mianem metalowej. Czy to dobre określenie? Z jednej strony tak, ponieważ moc i ciężar takich utworów jak "Thrak", "Vroom Vroom" czy "Coda: Marine 475" są powalające. Z drugiej zaś określenie tej muzyki mianem metalu jest potwornym uproszczeniem. Przede wszystkim zaś typowo metalowe riffy w ogóle się tu nie pojawiają. Gitary są bardzo ciężkie, to prawda, jednak grają w charakterystyczny, "karmazynowy" sposób - te płyty to mieszanka ciężkiego brzmienia i niestandardowego podejścia do muzyki w ogóle. Są tu też w końcu piękne ballady jak "Walking On Air", czy "Inner Garden". Nowe wcielenie zespołu okazało się tym, na co czekali fani, zostało przyjęte entuzjastycznie, bo oczywiście Fripp znów zaproponował coś nowego, czego wcześniej nie było. W czasie trasy koncertowej grupa zawitała też do naszego kraju.

Ostatnie jak dotąd wcielenie King Crimson to "The ConstruKction Of Light". Jest to płyta, która stoi jakby na rozdrożu. Z jednej strony nastąpiło ograniczenie składu (album nagrali Fripp, Belew, Gunn i Mastelotto), z drugiej jednak muzycy kontynuują działalność w "projeKctach" - czyli różnych konfiguracjach personalnych członków grupy otwartych na eksperymenty i poszukiwania. Nie we wszystkich tych składach uczestniczył jednak Fripp. "The ConstruKction..." z jednej strony jest nawiązaniem do "karmazynowej" przeszłości ("FraKctured", "Lark's Tongues In Aspic - Part IV"), z drugiej zaś wytycza nowe horyzonty. Jest jakby połączeniem najlepszego z trzech wcieleń grupy, choć wiele osób spodziewało się kontynuacji "Thrak". Dużo tu i z art-rockowego okresu w działalności zespołu, i z jazzowych eksperymentów lat osiemdziesiątych.

Co przyniesie przyszłość? Czas pokaże. Ostatnio Karmazynowy Król koncertował w USA z innym niezwykle oryginalnym zespołem - grupą Tool. Czy Fripp ulegnie wpływowi nowoczesnej muzyki rockowej? A może znów rozwiąże zespół, by po kilku latach powrócić z kolejną zaskakującą płytą? Tego nie wie nikt, może nawet sam Robert Fripp. Fanom pozostaje tylko mieć nadzieje, że Schizofrenik Rocka nie uda się na muzyczną emeryturę i jeszcze o nim usłyszymy.


Autor: Adam Kaliszewski
http://www.rockmetal.pl/legendy/karmazynowy.krol.html
Tekst zamieszczony za zgodą autora.

Zobacz też Kalendarium , Biografię i "Robert Fripp - apostoł gitary"